Pierwszy dzień nowego rejsu zawsze jest pracowity. Na pokład w ciągu kilku godzin wsiadło i wysiadło ok 3700 osób. W ciągu tego rejsu odwiedzimy 6 portów w trzech rożnych krajach i spędzimy 5 dni na morzu.
Niestety rejs nie zaczął się dobrze. Już o 4 nad ranem zostałam wybudzona ze snu ogłoszeniem, które miało na celu zaalarmowanie zespołu lekarzy i pielęgniarek, że mają natychmiast udać się we wskazane miejsce. Na pokładzie ktoś źle się poczuł i sytuacja wymagała ratowania życia. To pierwszy taki przypadek tego kontraktu, niestety jak się okazało – tragiczny w skutkach. Pasażer niestety zmarł!
Jako że przed nami było dwa dni na morzu, ciało było przechowywane w statkowej kostnicy, którą też mamy na pokładzie. Co prawda, nigdy tam nie byłam i się nie wybieram, ale wiem, że takie miejsce gdzieś na pokładzie istnieje.
Nie wspomniałam jeszcze na moim blogu, że na okręcie pracuję na recepcji – czyli na pierwszej linii frontu tego luksusowego wycieczkowca. Do naszych zadań należy także odbieranie „emergency calls”, które przekierowujemy do pielęgniarki i dalsza akcja zależy już od niej. Czasami odbieranie nagłych wezwań bywa stresujące. Na szczęście w większości przypadków nic groźnego się nie przydarza. Oczywiście każdy recepcjonista musi przejść odpowiednie szkolenie jak sobie radzić w takiej sytuacji.
Kolejny dzień na morzu był pracowity z milionem pytań i oczywiście narzekań na kabiny – a to że jest za głośno, a to na zły widok… Zawsze coś musi być nie tak. Każdy by chciał lepszą kabin























